Kategorie

Kolekcjonując momenty szczęścia

Życie to nie bajka, jak mówi powiedzenie, a ja zawsze się tego trzymałam. Może i czasem czujemy się bajkowo przez chwilę, ale to tylko momenty. Z drugiej strony to właśnie z tych dobrych momentów składa się nasze szczęście. Ja od jakiegoś czasu stałam się kolekcjonerką takich momentów. Odkąd zamieszkałam w Brazylii przybywa ich każdego dnia. Nie chcę przez to powiedzieć, że w Polsce zbierałam tylko smutki, bo to nie byłaby do końca prawda. Tutaj jednak tego szczęścia jest jakby więcej. Zwłaszcza od czasu, kiedy w moim nowym brazylijskim życiu, pojawił się pewien Brazylijczyk.

Pojawił się prawie, że przypadkiem, kiedy spędzałam dni zastanawiając się nad moim życiem w przeszłości. Pojawił się kiedy już prawie planowałam powrót do Polski. Kiedy życie w Sao Paulo zaczęło mnie już trochę męczyć. Chyba sprawiałam wrażenie nieco smutnej, bo moi znajomi codziennie zamęczali mnie pytaniami, dlaczego nie chcę wyjść z nimi wieczorem na drinka lub potańczyć, czemu z nikim się nie spotykam, nie chodzę na randki i wiele innych. W dalszej kolejności rozprawiali nad tym, jaka to strata dla świata, a przynajmniej jego brazylijskiej części, że taka kobieta (no bo już nie dziewczyna przecież) jest samotna i snuje się smutna po domu. Ja wcale się tak nie widziałam. Prawdę powiedziawszy po ostatnim nietrafionym związku (choć jesteśmy nadal dobrymi przyjaciółmi) chciałam nieco pobyć sama ze sobą. Jednak każdy kto ma Brazylijskich przyjaciół (ale prawdziwych przyjaciół, nie znajomych) wie, jaką mają siłę przekonywania. I tak oto pewnego dnia wymyślili, że sami znajdą mi przystojnego mężczyznę i umówią na randkę. Kiedy mi to oznajmili pomyślałam, że to jakiś żart i zaczęłam się śmiać. Oni jednak zachowali kamienne twarze, zapraszając mnie abym podeszła do komputera i zobaczyła zdjęcie mężczyzny, z którym  mnie chcą umówić.

W tym momencie zdałam sobie sprawę, że oni tak na poważnie, i że naprawdę zadali sobie mnóstwo trudu aby wręcz „wyselekcjonować” tego mojego kandydata na randkę.

– Julie nasz przyjaciel, który jest jego znajomym, twierdzi, że to jedyny prawdziwy dżentelmen jakiego zna. Jesteś dla nas wyjątkową osobą i chcemy abyś była szczęśliwa i abyś spędziła miło czas w dobrym towarzystwie.

W pierwszej chwili zaniemówiłam. Kiedy jednak „odzyskałam moje zmysły” stwierdziłam, że randki w ciemno to nie mój sposób na życie i niestety muszę odmówić. Poza tym, ten mężczyzna na zdjęciu wyglądał jakoś dziwnie. Zresztą nikt z nas tak naprawdę nie wiedział, co ten tzw. „znajomy znajomego” o mnie naopowiadał, skoro spotkał mnie w swoim życiu zaledwie 3 razy i to na imprezach, a poza tym brak znajomości angielskiego z jego strony i portugalskiego z mojej, totalnie uniemożliwiało nam jakąkolwiek komunikację. Rozmawialiśmy przez znajomych, którzy podejmowali się pracy tłumaczy.

– Oj Julie to nic takiego. Wyjdziesz z tym Thiago wieczorem (my cię odprowadzimy tak dla pewności) i spędzisz miło czas. Porozmawiacie po angielsku, bo on mówi całkiem dobrze. Ot miły wieczór z mężczyzną hetero, w odróżnieniu od nas hahaha.

No i tak wiercili mi dziurę w brzuchu przez całe popołudnie, aż się w końcu zgodziłam. Myślę, że wpłynęło na to moje samopoczucie. Od tygodnia zmagałam się z bólami żołądka, po zjedzeniu niezapomnianego acaraje… Mój stan był na tyle poważny, że dzień wcześniej znalazłam się w szpitalu. Ból budził mnie w nocy oraz pojawiał się znienacka w ciągu dnia. Wyczerpał mnie do tego stopnia, że nie byłam w stanie dłużej spierać się z moimi chłopakami. Klamka więc zapadła. Wkrótce miałam poznać Thiago. Zamieniliśmy ze sobą na Facebooku kilka zdań. Ból był tak upierdliwy, że nie pozwalał mi nawet na krótką konwersację. Na szczęście Thiago okazał się wyrozumiałym mężczyzną. Praktycznie przez kilka następnych dni przed naszym spotkaniem, codziennie pytał mnie jak się czuję.

Umówiliśmy się na spotkanie późnym wieczorem. Mieliśmy spotkać się niedaleko mojego mieszkania przy wejściu do metra i pójść gdzieś napić się piwa i porozmawiać. Nie wiem jak reszta Brazylii, ale zdecydowana większość Sao Paulo konsumuje piwo masowo i to w ilościach iście  zatrważających. I mimo wypitych hektolitrów, zawsze wyglądają na trzeźwych. Ale o tym opowiem innym razem.

Do spotkania przygotowywałam się bez większych emocji. Nawet nie zastanawiałam się, czy wieczór będzie udany czy nie. Nie miałam oczekiwań i nie snułam wyobrażeń. Chciałam jedynie usatysfakcjonować moich przyjaciół, którzy zadali sobie sporo trudu oraz porozmawiać po angielsku. Może gdybym poświęciła więcej uwagi naszej korespondencji na Facbooku, już wcześniej wiedziałabym, że to fajny człowiek. Jednak spustoszenie, jakie acaraje (a właściwie olej palmowy, użyty do smażenia) dokonało w moim żołądku, oraz jak się później okazało wątrobie, uniemożliwiało mi w tym czasie skoncentrowanie się na niczym, nie mówiąc już o korespondencji z mężczyzną i to po angielsku.

Mój przyjaciel odprowadził mnie do metra, gdzie czekaliśmy na moją randkę. Spóźniłam się, ale Thiago spóźnił się bardziej. Nigdy nie oczekujcie, że w Brazylii ktoś pojawi się dokładnie we wcześniej ustalonym czasie. Nawet dwugodzinne spóźnienia są tu czymś normalnym. To część ich sposobu życia, część kultury. Ale mimo, że to bardzo interesujący temat, to o tym również opowiem następnym razem. I kiedy tak się nad tym zastanawiałam, zobaczyłam Thiago na schodach. Przez chwilę patrzyłam na niego jak zahipnotyzowana, a przez moją głowę przelatywało mnóstwo myśli, a co ciekawe większość po angielsku. Jedna z nich powtarzała się wielokrotnie. I kiedy Thiago mnie zauważył, uśmiechnął się i pomachał do mnie, wypowiedziałam ją na głos: „ Here come my man!”.

– Mówiłaś coś Julie? – zapytał mój przyjaciel.

– Nie, nic takiego. Tak sobie wypowiadam na głos myśli, które mi się w głowie pojawiają.

– Stanowczo za dużo myślisz. Lepiej skoncentruj się na randce, bo ten facet wygląda nieziemsko. Sam bym się z nim chętnie umówił hahaha.

Poznałam tu mnóstwo ludzi, ale ten konkretny Brazylijczyk wydawał się jakiś inny. Nigdy nie widziałam takich oczu, jak jego. Wydawałoby się typowe brązowe oczy mieszkańca tego kontynentu. Ale nie. Brązowe na pewno, ale mówiące o nim więcej niż słowa. Błyszczące, inteligentne, smutne, ale jednocześnie pełne pasji i nadziei. Zauważyłam, że dawno nie rozmawiał po angielsku, bo wypowiadał słowa wolno, bardzo wyraźnie, starając się być jak najbardziej poprawnym. Jednak już chwilę później nasza rozmowa była tak naturalna, jakby to był nasz wspólny język. Czasem śmiejemy się, że chyba nigdy nie rozmawialiśmy tak dużo jak wtedy, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy. A moje odczucie, że to jakiś dziwny Brazylijczyk, towarzyszy mi każdego dnia. Czasem myślę o Thiago, jak o kimś kto przyjechał tu jakiś czas temu z innego zakątka świata i zwyczajnie wsiąkł w otoczenie… Nawet jego rodzina ma czasem takie odczucia. Nawet kiedy oglądam jego zdjęcia z dzieciństwa w Sao Paulo, to mam wrażenie, że przedstawiają zamyślonego chłopca, który przyjechał tu tylko na wakacje.

Jesteśmy razem już 3 miesiące. Od czasu naszego pierwszego spotkania wydarzyło się więcej niż w ciągu 15 lat moich dwóch poprzednich związków. I nie chodzi tu tylko o to, że po miesiącu Thiago mi się oświadczył, a ja przyjęłam jego oświadczyny, co jest chyba jedną z najbardziej zwariowanych rzeczy jakie zrobiłam. Ja po prostu zobaczyłam w nim siebie. Tak jakbym spojrzała w lustro i zobaczyła odbicie samej siebie. Jakbyśmy dzielili tę samą duszę, ten sam nieustanny smutek i palącą pasję. Jesteśmy bowiem dwójką smutnych istot, które razem uczą się szczęścia. Smutnych i samotnych pośród otaczających nas ludzi i świata już od dziecka. To nasza natura, tacy się urodziliśmy. I nawet te ogromne pokłady miłości, jakie otrzymywaliśmy każdego dnia choćby od naszych matek, nigdy nie były w stanie wykorzenić tego smutku i samotności. I chyba dlatego nigdy w przeszłości nie potrafiłam być do końca szczęśliwa. Nikt bowiem nie rozumiał mojej natury, nie potrafił zaakceptować. Teraz nie muszę się nawet nad tym zastanawiać. Teraz ta nasza wspólna smutno-samotna natura jest czymś naturalnym, czymś co nie wymaga zrozumienia, ani akceptacji. Jest czymś co dzielimy razem każdego dnia. Nie musimy się nad tym zastanawiać, walczyć z tym, uszczęśliwiać się na siłę, jak to miało miejsce w naszych poprzednich związkach. Jesteśmy jacy jesteśmy. I to buduje nasze szczęście, czymkolwiek ono jest, cokolwiek ono znaczy, zgodnie lub niezgodnie z definicją.

Ostatnio doszłam do wniosku, że chyba jesteśmy najbardziej dziwną polsko-brazylijską parą w Sao Paulo. Nie jesteśmy tak „poukładani”, jak pozostali. Nawet nie wiemy, co to znaczy „być poukładanymi”. Mamy mnóstwo planów na życie, ale żaden z nich nie zakłada „poukładania”. To po prostu nie współgra z naszą naturą, która wiecznie domaga się spontaniczności. Próbując na siłę wykreować życie zgodnie z przyjętymi standardami, prędzej „udusilibyśmy” nasze dusze. Ja prawie „udusiłam” moją. Była jednak na tyle silna, że pewnego dnia wykrzyczała mi to w twarz…a ja jej posłuchałam…i kilka miesięcy później, a może już prawie rok, jestem w końcu sobą, a moja dusza, moja natura oddycha pełną piersią. A Thiago? Cóż, nie jest to ten „dobry” chłopak z bogatej rodziny, robiący świetlaną karierę i zarabiający krocie. W przeszłości również prawie udusił swoją duszę, próbując przez lata być perfekcyjnie poukładanym. Pewnego dnia jego dusza wykrzyczała mu to w twarz. I choć ja pozostałam w pewnym sensie tą „dobrą” dziewczyną, Thiago eksperymentował dużo, próbując uszczęśliwić swoją duszę, nie rozumiejąc, że ona jest już szczęśliwa, będąc zwyczajnie „niepoukładaną”. I tak mój inżynier i niespełniony „jeszcze” artysta o wielu talentach, próbujący swych sił w muzyce, przelewający myśli na papier w formie słowa pisanego oraz obrazów, znalazł się pewnego dnia „po ciemnej stronie” Sao Paulo. Spróbował, chyba wszystkiego, co zawsze mnie przerażało. Alkohol, narkotyki, kolejne kobiety… Pewnego dnia obudził się i zrozumiał, że to nie tego potrzebuje jego dusza. I tak walczy do dziś, bo to walka ze sobą na całe życie. Choć teraz już nie samotnie. Teraz pomaga mu pewna blondynka, która nie wiedzieć czemu postanowiła zamieszkać gdzieś na końcu świata.

Tak oto powoli budujemy nasze życie zgodnie z naszą naturą, nie otaczającymi nas standardami. Bo to życie ma być nasze, nie wykreowane przez oczekiwania otaczających nas ludzi, sytuacji, uwarunkowań. Wkrótce weźmiemy ten szalony ślub. I choć początkowo widziałam go bardziej jako możliwość pozostania w Brazylii wraz z Thiago, to teraz stał się on dla nas obojga czymś ważnym, początkiem naszego nowego życia. Życia, którego każde z nas pragnęło, które zawsze było gdzieś w naszej podświadomości. Jednak dopiero teraz każde z nas spotkało pewnego kwietniowego wieczoru na schodach metra swoją drugą połówkę. I czasem mam wrażenie, że wszystko co wydarzyło się od podjęcia przeze mnie decyzji o podróży do Ameryki Południowej w ubiegłym roku, miało mnie doprowadzić właśnie tutaj, do Sao Paulo, do tej kwietniowej nocy kiedy poznałam Thiago. I chyba nigdy wystarczająco nie podziękuję sama sobie, za tą moją zwariowaną, odważną decyzję o podróży, którą właściwie podjęłam z dnia na dzień. Dzięki niej nie tylko przeżyłam najbardziej niezwykłą podróż życia, poznałam wspaniałych ludzi, ale przede wszystkim zmieniłam siebie i swoje życie na bardziej wartościowe, pełne. Znalazłam czekającą na mnie miłość… i postanowiłam kolekcjonować moje momenty szczęścia i budować na nich nasze wspólne zwariowane, fascynujące, „elektryzujące” w każdym aspekcie oraz spokojne i niesamowicie burzliwe w tym samym momencie życie.

Spodobał Ci się ten wpis? Podziel się nim ze znajomymi, udostępniając w serwisach społecznościowych. 

Jeśli podoba Ci się tematyka bloga, sposób w jaki piszę i jak łączę pasję do archeologii z podróżami, polub Archeopasję na facebooku. Bądź na bieżąco i zapisz się do newslettera

Jeśli masz pytania dotyczące tematów poruszanych na blogu napisz do mnie archeopasja@gmail.com

O autorze:

Julita Rękawek
Julita Rękawek

Archeolog i pasjonatka sztuki naskalnej oraz podróżowania, zarówno palcem po mapie, jak i w rzeczywistości...

Dodaj Komentarz

  • Pieknie to opisalas… Felicidades, kochana!:)

    • Dziękuję kochana! Masz rację co do nazwy. Poporządnie to ‘pieprzem przyprawili’ hahahaha.To acaraje to niezłe ‘caralho’ po mojemu brazylijskiemu 😉

Fotogaleria