Tablica w porcie głosi, że Ushuaia to koniec świata. Każdy niemalże turysta odwiedzający to miasto, posiada jako dowód zdjęcie ze słynnym napisem „Ushuaia fin del mundo”. Trudno się jednak z nim zgodzić, skoro przed nami jest jeszcze przylądek Horn, a potem ogromna Antarktyda. Jeśli jednak założymy, że jest to koniec w miarę gościnnego gatunkowi ludzkiemu świata, wszysto by się zgadzało.

Ushuaia podobnie jak Jukon i Alaska, zawsze było moim marzeniem. Bo jak nie marzyć o dotarciu na koniec świata. W trakcie naszej południowoamerykańskiej odysei zaczynaliśmy wątpić, czy uda nam się dotrzeć na samo południe kontynentu. Takie odczucia towarzyszyły nam zwłaszcza w Brazylii, gdzie spędzaliśmy dni i noce w autobusach, próbując jak najwięcej zobaczyć w tym przeogromnym kraju. Czasem puszczały nam nerwy, pojawiały się rozbieżne zdania co do poszczególnych etapów podróży. Jednak bez dotarcia do Ushuaia nasza podróż nie byłaby kompletna, nie byłaby domknięta. Chyba każdemu z nas to domknięcie było potrzebne, bo kiedy wysiedliśmy na dworcu autobusowym w mieście na końcu świata, poczuliśmy, że jesteśmy tu, gdzie być powinniśmy. A kiedy rozejrzeliśmy się wokół, naszym oczom ukazał się krajobraz, który tylko utwierdził nas w przekonaniu, że bez końca świata nie moglibyśmy się obyć. 

 

Spodobał Ci się ten wpis? Podziel się nim ze znajomymi, udostępniając w serwisach społecznościowych. 

Jeśli podoba Ci się tematyka bloga, sposób w jaki piszę i jak łączę pasję do archeologii z podróżami, polub Archeopasję na facebooku. Bądź na bieżąco i zapisz się do newslettera

Jeśli masz pytania dotyczące tematów poruszanych na blogu napisz do mnie archeopasja@gmail.com