Każdy z nas za kimś tęskni. Jedni gdzieś wyjechali, przeprowadzili się, ograniczyli kontakt, inni odeszli na zawsze. Jesienią ta nostalgia jest jakby silniejsza. Listopad to miesiąc refleksji, który w blasku świec i zapachu topniejącego wosku przywołuje wspomnienia.

Ta młoda kobieta na zdjęciu to moja babcia. Właśnie wzięła ślub, a fotograf utrwalił ten moment na zdjęciu, które jeszcze jako nastolatka wkleiłam do rodzinnego albumu. Kiedy patrzę na tę fotografię zastanawiam się, gdzie podział się ich uśmiech. Czyżby nowożeńcy o nim zapomnieli? Dziś rzadko nie uśmiechamy się na fotografiach ślubnych. W czasach młodości moich dziadków zdjęcia były czymś specjalnym, wykonywanym jedynie z okazji ważnych wydarzeń. W dniu ślubu pozowali więc do zdjęcia z całą powagą chwili. Na twarzy mojej babci widać zadumę z delikatną nutą strachu albo niedowierzania. To w końcu pierwszy dzień jej nowego życia, które nie wiadomo jak się potoczy. Właśnie wypłynęła na szerokie, aczkolwiek nie zawsze łagodne wody, zwane życiem.

Ta kobieta, z którą spędziłam większą cześć mojego dzieciństwa, była zawsze tak perfekcyjna jak na ślubnej fotografii. Nigdy nie wyszła z domu bez choćby podstawowego makijażu i doskonałej fryzury. Nawet w siarczysty mróz nosiła spódnicę i buty na obcasie. Jabłko chyba nie mogło dalej paść od jabłoni niż w przypadku moim i mojej babci. Ja nigdy nie lubiłam makijażu, a włosy prawie zawsze mam w nieładzie. Ubieram się w to, w czym mi jest wygodnie, a zimą przypominam raczej toczącego się bałwana, niż elegancką kobietę. Trudno zliczyć ile razy usłyszałam od babci, że brzydko się ubrałam, że pryszcz mi wyskoczył, albo, że czas pójść w końcu do fryzjera. Kiedyś bardzo mnie to denerwowało. Dziś wiele bym dała aby usłyszeć ponownie babcine uwagi.

Pamiętam nasze wspólne wycieczki, jazdy na rowerze, podczas których trudno mi było za babcią nadążyć. Nie wiem skąd ta delikatna kobieta brała energię, aby tak szybko pedałować.

Wzdłuż płotu otaczającego nasz dom rosną bujne tuje, które jako kilkuletnie dziecko wspólnie z babcią posadziłyśmy. Te niewielkie krzaczki zmieniły się raptownie w kilkumetrowe drzewa, odmierzając czas mojego dzieciństwa.

To moją babcię najlepiej pamiętam z dzieciństwa. Moja mama w tym czasie pracowała i uczyła się. Latem babcia rozkładała mi kocyk na trawie, a ja gapiłam się na chmury, zajadając wymyślane przez nią desery. To z nią robiłam moje pierwsze faworki, makowce, kluski do rosołu, pierogi i kopytka. Wszystko co robiła wydawało mi się idealne. Doskonałe proporcje, kształty, smak i kolor. Pamiętam jak wiele czasu potrafiła spędzić dekorując tort. Układała wzory i zdejmowała je, zastępując kolejnymi, dopóki dekoracja nie stała się w jej oczach perfekcyjna.

Mimo, że dzieliło nas całe pokolenie i byłyśmy dwiema zupełnie innymi osobami, a nasze charaktery kompletnie nie miały ze sobą nic wspólnego, nauczyłam się od niej wiele. Nie potrafię zliczyć ile rzeczy zrobiłam po raz pierwszy właśnie z moją babcią. W tym roku po raz pierwszy postawiłam znicz na jej grobie…

 


Jeśli podoba Ci się tematyka bloga, sposób w jaki piszę i łączę pasję do archeologii z podróżami, polub Archeopasję na facebooku i instagramie. Bądź na bieżąco i zapisz się do newslettera

Jeśli masz pytania dotyczące tematów poruszanych na blogu napisz do mnie archeopasja@gmail.com

Spodobał Ci się ten wpis? Podziel się nim ze znajomymi, udostępniając w serwisach społecznościowych.