Kategorie

W klimatach Wenezueli

Piotr powiedział, że Wenezuela skradła mu duszę. Moja jest cały czas ze mną, ale jakaś taka nieswoja, słaba, jakby chora. Tylko jak taką chorobę duszy nazwać? Jest smutna tak jak ja, widząc drzemiący w tym kraju potencjał, którego nikt nie chce wydobyć na światło dzienne.

Kiedy przekroczyliśmy wenezuelską granicę, uroniłam po cichu kilka łez, żegnając się z Kolumbią. Nie wyobrażam sobie abym miała już nigdy nie przyjechać do tego kraju. Z drugiej strony cieszyłam się na kolejną przygodą, kolejne nieznane mi miejsce i ludzi.

 

DSC_0172

 

Jadąc od granicy rozklekotanym autobusem, mijaliśmy małe, zaniedbane miasteczka pełne ludzi próbujących coś sprzedać przejeżdżającym podróżnym. Kiedy wyglądałam przez okno, ulica uśmiechała się do mnie. Pomyślałam wtedy, że może Wenezuela też na dobre zakotwiczy w moim sercu. Na pierwszy rzut oka wydawało mi się, że trafiłam pod dach uboższej siostry Kolumbii. Rzeczywistość okazała się jednak bardziej skomplikowana.

Do dziś nie wiem, co myśleć o tym kraju, choć od kilku dni jestem już w Brazylii. Myślę, że długo zajmie mi zrozumienie, które wenezuelskie wrażenia przechylą szalę. Czasem ten kraj wydawał mi się tak fascynujący, że chciałam w nim zostać na dłużej. Innym razem myślałam tylko o tym, aby wsiąść w najbliższy autobus i z niego wyjechać.

Czekając w Maturin na autobus w kierunku Ciudad Guayana, Wenezuela doprowadziła mnie do łez. Wszystkie skrywane wewnątrz emocje, zwyczajnie eksplodowały. Na początku myślałam, że płaczę nad bezdomnym kotem i moją niemocą w udzieleniu mu pomocy. Kiedy jednak patrzyłam, jak wygryza sobie skąpaną w smole sierść wraz z kawałkami naskórka, stwierdziłam, że był kroplą, która przepełniła miarę.

W autobusie do Ciudad Guayana siedziała obok mnie matka z dziećmi. Jedno przytulała bardzo mocno do piersi, a ono się wyrywało, chcąc na podłogę, aby móc biegać, zaczepiać ludzi, poznawać świat, znajdujący się poza granicami, wyznaczonymi przez ramiona matki i siedzenie. Taka jest też Wenezuela. Chyba taka jest. Taka mi się przynajmniej wydaje. Ściśnięta w swych granicach, osaczona, pozbawiona ruchu, ale pełna jakiejś wewnętrznej mocy, która wcześniej czy później da o sobie znać.

Północ Wenezueli to plaże Morza Karaibskiego. To prawdziwy raj na ziemi, z kolorowymi piaskami, ciepłym, przejrzystym morzem, palmami, rafami koralowymi i bogactwem zwierząt. Pomiędzy Puerto la Cruz a Santa Fe, znajdują się liczne kąpieliska i małe wysepki. Całość stanowi Park Narodowy Mochima. Zatrzymaliśmy się na Playa Colorada, gdzie kolor piasku zbliżony jest do pomarańczowego. Prażyliśmy się na słońcu, kąpaliśmy w morzu. Kiedy podszedł do nas mężczyzna, proponujący rejs na jedną z pobliskich wysp, nie zastanawialiśmy się nawet chwili. Wybraliśmy Isla de Arapo, która sprawiała wrażenie niemal bezludnej. Oprócz wypoczywającego małżeństwa z małym dzieckiem, mieszkającej tam rodziny i naszej siódemki, nie było tam nikogo więcej. Wreszcie mieliśmy tę wyczekiwaną dziką karaibską plażę. I znów przyszedł czas na błogie lenistwo nad ciepłym morzem, bo kto wie kiedy i czy jeszcze tu kiedyś wrócimy. Przed nami kolejne wyczerpujące dni, spędzone w drodze. I mimo, że nie da się odpocząć na zapas, to łudziliśmy się nadzieją, że jest to jednak możliwe.

 

Na gałęziach wylegują się iguany, w morzu pływają całe ławice kolorowych ryb, żółwie, można nawet dotknąć rafy koralowej. A najważniejsze, że można z tą niezwykłą naturą przebywać sam na sam. W innym miejscu na ziemi, trzeba by za to niejednokrotnie zapłacić krocie. Tu obcowanie z unikatową przyrodą jest za darmo. Tu raj nic nie kosztuje, no może odrobinę nerwów…

Złość wywołują sterty śmieci zalegające na plażach okolicznych wysp. Butelki, plastikowe torebki, puszki po piwie, pływające w tej pięknej, przezroczystej wodzie, są na porządku dziennym. Dziwi to tym bardziej, że to przecież park narodowy, który wymaga choćby odrobiny ochrony. Za stertami butelek i puszek jest las, w którym tuż przy samej jego granicy, można zobaczyć ukryte na konarach drzew iguany. Ogarnia mnie złość, ale zarazem bezsilność, kiedy pomyślę, że nikt nie zada sobie odrobiny trudu, aby co jakiś czas pozbierać i wywieźć ten śmietnik w samym środku raju. Widać jednak, że nikomu to nie przeszkadza i nikt tu niczego nie chroni, licząc chyba, że przyroda zadba sama o siebie. W tym przypadku nie jest to jednak możliwe. Gdzieś tam tli się we mnie jakaś nadzieja, że coś się zmieni, i że te cudowne plaże nie zmienią się w zwykłe śmietniska. To przecież nasze wspólne dziedzictwo, dziedzictwo całej ludzkości i naszym obowiązkiem jest o nie dbać i zapewnić choćby podstawową ochronę. 

 

 

Z karaibskich plaż wyruszyliśmy w głąb kraju, zatrzymując się w okolicach miasta Caripe, aby zobaczyć jaskinię Guácharo. System podziemnych grot rozciąga się na ponad 10 km. Szlak turystyczny jest znacznie krótszy, ograniczony do niewiele ponad 1 km, ale i tak bardzo ciekawy. Jaskinię zamieszkują ptaki zwane guácharos, które posługują się podobnym systemem nawigacji, jak nietoperze. Wydają bardzo donośne okrzyki, przypominające niekiedy gwizdanie, połączone ze specyficznym skrzeczeniem. W określonych okresach roku ich populacja sięga nawet powyżej 10 tys. i kiedy tak wszystkie na raz zaczną pokrzykiwać, to musi być naprawdę głośno.. Cieki i zbiorniki wodne zamieszkują, pozbawione oczu niewielkie ryby. Na szlaku można spotkać kraby, pająki oraz liczne gryzonie. Jaskinia Guácharo jest stosunkowo rzadko odwiedzania przez cudzoziemców. Cieszy się zaś popularnością wśród Wenezuelczyków. Warto jednak zboczyć na chwilę z utartej trasy i się tu zatrzymać. Można bowiem zobaczyć zupełnie inną Wenezuelę, która zdecydowanej większości turystów kojarzy się jedynie z wiecznie żywym prezydentem Chavezem, karaibskimi plażami, wodospadem Salto Angel oraz kilkudniowym trekkingiem na Roraimę.

W Ciudad Guayana, która tak naprawdę jest sztucznym tworem, złożonym z dwóch miast Puerto Ordaz i San Felix, warto zobaczyć potężne kaskady, które tworzy przepływająca przez nie rzeka Caroní. Przypominają one małą Niagarę a bijące od nich podmuchy, przynoszą nieco chłodu w upalne dni.

 

 

My nie zatrzymaliśmy się ani w Salto Angel, ani nie wędrowaliśmy na Roraimę. Jedynie z okien autobusu, podążającego w kierunku granicy z Brazylią, podziwiałam stołowe wzgórza (tepuis) na Gran Sabana. Nie żałuję jednak, bo Wenezuela wyczerpała moje siły psychiczne i zostawiła cień na mojej duszy. Może te dwa pominięte punkty na mapie, zmotywują mnie do powrotu w bliższej niesprecyzowanej przyszłości.

 

DSC_0917

 

A o Caracas opowiem Wam innym razem, bo jest to miasto, które zasługuje na osobny wpis.

 

Spodobał Ci się ten wpis? Podziel się nim ze znajomymi, udostępniając w serwisach społecznościowych. 

Jeśli podoba Ci się tematyka bloga, sposób w jaki piszę i jak łączę pasję do archeologii z podróżami, polub Archeopasję na facebooku. Bądź na bieżąco i zapisz się do newslettera

Jeśli masz pytania dotyczące tematów poruszanych na blogu napisz do mnie archeopasja@gmail.com

O autorze:

Julita Rękawek
Julita Rękawek

Archeolog i pasjonatka sztuki naskalnej oraz podróżowania, zarówno palcem po mapie, jak i w rzeczywistości...

Dodaj Komentarz

Fotogaleria